Studniówka
Link 30.01.2008 :: 17:19 Komentuj (10)
Jak wiadomo wszem i wobec studniówka jest najważniejszą imprezą w ciągu trzech lat uczęszczania do szkoły zwanej liceum. Wobec czego nie wypada nie poruszyć jej tematu na blogu, który odnotowuje wszystkie najważniejsze chwile w życiu przeciętnego licealisty. Co prawda w przeciwieństwie do większości raczej mnie nie podniecała, no ale co tam, jadę z tym koksem...

* * *

Już na wiele dni przed 26. stycznia studniówka stawała się jednym z głównych tematów rozmów toczonych między uczniami naszej zacnej szkoły. Zaczęło się już w ubiegłym roku. Pierwszym tematem był wybór motywu, w którym miała byc wykonana dekoracja. Pomimo długich sporów nie można było dojść do porozumienia. W sumie nic dziwnego, skoro niektórzy chcieli motyw nawiązujący do popularnego filmu animowanego "Shrek". W końcu ktoś musiał podjąc męską decyzję. Zrobiła to wychowawczyni klasy, która miała byc odpowiedzialna za wykonanie dekoracji i przystrojenie sali. Motywem przewodnim studniówki została Japonia. Szczerze mówiąc na początku nie byłem do końca przekonany, ale co tam, przecież od tego nie będzie zależało to jak się bawimy.
Podobnego typu powodów do niezadowolenia było dośc sporo, a to za wysokie koszty (120zł od głowy), a to brak siatki wojskowej zakrywającej wszelkie szpetności naszej hali sportowej, a to słaba dekoracja, a to zły motyw, a to zakaz wstępu na trybuny, a to alkomat itd. Nawet pewien błyskotliwy umysł założył temat dotyczący studniówki na bijącym ostatnio rekordy popularności portalu nasza-klasa.pl. Toczyły się w nim żarliwe dyskusje. Wracając do studniówki to problemy z czasem same się rozwiązywały, no może przy drobnej interwencji kogoś kto się tym interesował. Nie było już bezwzględnych względów bezpieczeństwa wg, których nie można było wchodzić na trybuny, ani przywiesić wojskowej siatki. Dekoracja okazała się całkiem niezła, szczególnie dobrze wyszła karykatura dyrektora naszej szkoły. Co prawda problem alkomatu nadal pozostawał, ale na szczęście mnie nie dotyczył. Ktoś pomyśli "Oszalał!". Muszę go rozczarowac i powiedziec, że byłem na antybiotyku.
Studniówka zbliżała się wielkimi krokami i kiedy większośc chłopaków (przecież nie mężczyzn) już się niczym nie denerwowała, a dziewczyny miały już umówione solarium i fryzjera. Jak grom z jasnego nieba dotarła do nas wiadomośc o katastrofie samolotu, który wiózł najważniejszych ludzi związanych z polskim lotnictwem z spotkania, którego tematem było bezpieczeństwo lotów (powiedzcie, że kiedy to usłyszeliście usta wam się mimowolnie nie złożyły do śmiechu). Znając zwyczaje ostatnich dwóch prezydentów prawie pewnym było, że wprowadzona zostanie żałoba narodowa. Niecierpliwie wyczekiwano informacji od wagarowiczów siedzących w domu. Chwila ciszy, "Kurwa, wprowadzono trzydniową żałobę. Co ze studniówką?". Na to pytanie odpowiedziała nam wychowawczyni. Wg tego co usłyszała bal miał odbyć się w poniedziałek. Mi nie robiło to różnicy, nawet się cieszyłem. We wtorek nie musiałbym iśc do szkoły. Dziewczyny były jednak zrozpaczone "Mój chłopak studiuje! On nie może w poniedziałek!", "Mój ma za daleko jak na poniedziałek!" wznosiły swoje pretensje. Niektóre, te bardziej żywiołowe ograniczały się do krótkiego "jebany Kaczyński!". Ja tam się z tego śmiałem, za co zostałem nieco zbesztany. W końcu nasz prezydent, tak jakby pomyślał, że głos tych ostatnich stanie się głosem ludu, wprowadził żałobę trwającą do soboty do godz. 19, czyli gówno, a nie żałobę, bo co to za żałoba, jeśli nikt jej nie chce i wszyscy myślą o imprezowaniu, a ona sama im to imprezowanie umożliwia. W końcu mały procent Polaków pije przed dziewiętnastą.
Wszystko było już wiadomo. Pozostało tylko czekać na moment, w którym trzeba będzie na ten bal się udać. W międzyczasie trochę sobie poszalaleliśmy ośmioosobową limuzyną, którą miałem dotrzec nazajutrz na miejsce. Miało to później pewne skutki, teraz mogę je wspominac z uśmiechem, ale wtedy wcale do śmiechu mi nie było.
26. stycznia obudziłem się około godziny 16. nie pozostało mi nic innego jak godzinę nic nie robić, a potem przygotować się do balu. Gotowy byłem trochę po 18. Zwarzając na to, że musiałem jeszcze pojechac po moją partnerkę byłem już praktycznie spóźniony. Trochę się zdenerwowałem. W takich sytuacjach najlepiej na mnie działa klnięcie pod nosem co właśnie czyniłem. Wyjechaliśmy. Wspomnę jeszcze, że za oknem szalał huragan. Jazda była przez to bardzo utrudniona. Widoczność sięgała góra kilkanaście metrów. Jakieś dwa kilometry za moją miejscowością do głosu doszły skutki poprzedniodniowej wycieczki limuzyną, którą właśnie jechałem. Kierowca zauważyłył z nutką irytacji i zdziwienia, że zbiornik paliwa jest prawie pusty. Musieliśmy zawracać. Wszystkie uczucia w tamtym momencie wyraziłem w "Kurwajapierdolekurwa!". Było już na 99% pewne, że nie zdążymy. Na stacji paliw niestety nie mogliśmy zatankować. Huragan powyłączał sobie światła w kilku pobliskich domostwach. Stacji nie oszczędził. Nie było wyboru. Musieliśmy skorzystac ze słabej jakości usług Peugeota 206, rocznik '93. przypomnę, że ostatnio wyłączył mi się na środku skrzyżowania. Tego dnia Peugeot okazał się niezawodny i śmiało stawił czoła szalejącej burzy.
Po małych perturbacjach dotarliśmy na bal spóźnieni o kilka minut. Oprócz nie do końca dobrych miejsc nie miało to dużych skutków. Impreza się rozpoczęła. Mistrzem ceremoni był pan Wiesio, emerytowany wuefista. Jak zwykle tryskał swoim oryginalnym poczuciem humoru. Jego pełne polotu wypowiedzi były zdecydowanie atutem naszego balu. Inauguracji balu dokonała orkiestra dęta. Występ nie powalił na kolana. Nawet moje ucho, na które kiedyś nadepnął słoń, dosłyszało parę nieporządanych dźwięków. A to trębaczowi zabraklo powietrza, a to zagrał nie tą nutę... Większosci jednak się podobało, w końcu takie trąbienie jest całkiem efektowne. Następnym punktem programu imprezy było odtańczenie Poloneza. Muszę przyznac, że stojąc w korytarzu poczułem dreszczyk emocji. Ustąpił kiedy moja trójka przekroczył próg hali. Szedłem z uśmiechem na ustach, ochoczo podrygując. Praktycznie wyłączyłem myślenie i sobie szedłem. Musiałem się włączyc na rozstaju dróg. Udało mi się to bez większych kłopotów, czego niestety(?) nie można powiedziec o jednej z trojek mnie poprzedzających. Jednej z osób się coś pomyliło i zakręcili się trochę na końcu. nie miało to jednak żadnych skutków, oprócz łacha ze strony tych, którzy to zauważyli. Po polonezie odtańczono walca angielskiego, którego cwiczono z zacięciem przez ostatnie dwa tygodnie. Z nieukrywaną dumą muszę przyznac, że wśród tańczących par można było dostrzec tę najpiękniejszą (mnie i Lidzię. Kolejnym krokiem poprzedzajacym zabawę były przemówienia szych, które uświetniły studniówkę swoim przybyciem. Przemawiał też eksprzewodniczący Marcin. Dał radę. Ten kto spodziewał się w wygłoszonych mowach jakichś słownych fajerwerków musiał się srogo zawieśc. Wszyscy ograniczyli się do podkreślenia wagi studniówki i życzenia dobrej zabawy. Bal się rozpoczął.
Zabawiac miał nas damsko-męski dwuosobowy zespół muzyczny. Od początku muzyka przez nich grana poderwała na parkiet większośc z obecnych. Ku mojemu zaskoczeniu, w końcu pierwszy raz od niepamiętnych czasów na trzeźwo, ja też tańczyłem. Oczywiście nie zostałem gwiazdą parkietu, ale bawiłem się przednio. Ogólnie na sali był szał. Dziwiło mnie to, bo dotychczas byłem zwolennikiem poglądu twierdzącego, że nie umiemy bawic się na trzeźwo.
Po jakims czasie przerwano tańce. Powodem miał byc występ kabaretu. Ubiegłoroczny podobno zrobił furorę, więc miałem dosc duże oczekiwania wobec tegorocznego. Występ (sorry Karina i Monika) okazał się klapą. Pokazano nam trzy skecze. Pierwszy słaby, drugi był ściągnięty od jednego z kabaretów, ale wykonanie było słabe, trzeciego nie pamiętam, a na koniec jakis taniec. Śmiech na sali wywoływał tylko jeden z aktorów, ale nie z powodu nieprzeciętnych umiejętności aktorskich, tylko z samej jego postaci.
Po kabarecie impreza ruszyła dalej. Bawiono się już trochę mniej radośnie niż wcześniej, ale i tak było dobrze. Jak się okazało gro osób alkohol wyganiał zza stolików. Niestety częśc osób wystraszyła się tych kontroli antyalkoholowych i nie zaopatrzyła się w zestaw balowicza. Przez to niestety mulili siedząc na krzesełkach i podziwiajac dekorację. Reszta dzielnie rozlewała pod stolikami, a potem szalała na parkiecie. W ogóle z tym alkoholem to trochę drażliwa sprawa. Wydaje mi się jednak, że trochę przesada z tym straszeniem alkomatem. Wiele osób przez to nie poszalało, a i tak było wiadomo, że pod stołem będzie się rozlewało, z drugiej strony jednak nikt nie zgonował i było bardzo kulturalnie.
O północy rozpoczęto konkurs tańca. Wystartowały tylko cztery pary. Wszystkie zmieściły się na podium co wywołało małe kłopoty, bo była przygotowana tylko jedna szarfa dla drugiej vicekrólowej balu. Jedna z dziewcząt musiała się zadowolic szrfą vicekróla. Co do poziomu to nie będę się wypowiadał, bo kompletnie nie znam się na tańcu, chociaż muszę przyznac, że zwycięska para zatańczyła całkiem przyjemnie dla oka. Szkoda tylko, że Marszal się wycofał, bo czuję, że wszystkich by załatwił:).
Po konkursie z przyjemnością oddano się dzikiej zabawie. Balowicze zaczęli bawic się w dedykacje. Dla wychowawczyni, ulubionego nauczyciela, kochanej Dorotki itd. Moja klasa zabłysnęła dedykacją "Bani u Cygana" dla wychowawczyni i oddzielną piosenką dla koleżanki Agatki. Ja osobiście bawiłem się świetnie, ale to nic dziwnego, bo kto by się świetnie nie bawił, jeśli jego partnerka byłaby wg niego najlepszą dziewczyna na świecie:)?
Zabawa ciągle trwała. Muzyka była nieźle dopasowana. Jednak do czasu. Dedykacja dwóch piosenek od dyrekcji dla uczniów skutecznie wyczyściła salę. Oczywiście nie był to żaden protest przeciwko czemukolwiek. Poprostu piosenki były beznadziejne. Po kilkunastominutowej przerwie wznowiono tańce. Było juz grubo po północy i można było zauważyc, że brakuje małej części osób, które wybrały się na dyskotekę. W ogóle pomysł "idziemy do Jolki" w czasie balu studniówkowego wydaje mi się lekko śmieszny, no ale jak ktoś tak bardzo lubi balety, no to cóż, niech idzie.
Parkiet nadal był prawie cały zapełniony. Mimo, że zbliżał co raz bardziej to na twarzach bawiących nie można było dostrzec znużenia. Zauważył to chyba nawet sam prowadzący, który zarządził zabawę w podróż po Europie. Niektórych, w tym mnie, to wykończyło, ale i tak na parkiecie zostali najbardziej wytrzymali, którzy wywijali do samego końca.
Podsumowując, moja studniówka wyszła lepiej niż się spodziewałem. To był naprawdę megabal. Co najważniejsze zabawa była kulturalna. Praktycznie obyło się bez jakichś ekscesów. Wszyscy spędziliśmy świetną noc, chyba nikt się ze mną nie zgodzi, no może oprócz koleżanki, która wyszła zaraz po 22., ale to juz inna historia:).

pozdrawiam Kvaseek








To mój blog!



Lay&html by Kvaseek